Wiele moich klientek było w tym miejscu. Wiele wciąż jest. Ja również tkwiłam w nim latami. Miejscu, gdzie miłość to samotność, chaos i walka o przetrwanie. A czasem i o zwykłą godność.
Zamiast bezpieczeństwa – ciągłe napięcie, zamiast spokoju – rollercoaster. Ten stan – gdy masz wrażenie, że ktoś wypalił Ci duszę.
To boli. Wiem. To zadręczanie się, lęki, poczucie winy, choć niczemu winna nie jesteś.
I chociaż dzisiaj pewnie brak Ci sił i myślisz, że wariujesz, to wierz mi:
możesz siebie odzyskać.
I tworzyć relacje, które nie niszczą.
Przestać naddawać i słyszeć, że „za mało”. Przestać ratować i słyszeć „czego chcesz”.
Przestać poświęcać wszystko i czuć się ciągle nikim.
Nie szaleć, gdy znika. Nie zaciskać zębów, gdy rani słowem.
Nie szlochać, gdy pokazuje, że nic nie znaczysz.
Nie myśleć, że umrzesz, gdy odkrywasz prawdę w jego telefonie.
Nie musieć robić wszystkiego sama, wszystkiego ogarniać, z wszystkiego rezygnować i czynić siebie Nikim, by on mógł być Kimś.
A miłość? – spytasz. Miłość kochanie nie boli. BOLI JEJ BRAK.
I nawet jeśli jeszcze czasem nie chcesz nazwać rzeczy po imieniu, bo „może jeszcze coś się zmieni, bo boli, bo wstyd, bo jeszcze poczekam, bo kocham jak nikogo”, to wiem, że odnajdujesz się w tych słowach.